Nurkowanie, czyli opowieść o pasji do życia

Nurkowanie, czyli opowieść o pasji do życia

Ten post miał zostać poświęcony nurkowaniu w oceanie a dokładnie w wodach przylegających do Gran Canarii, która razem z innymi wyspami należy do archipelagu Wysp Kanaryjskich. Postanowiłam jednak zacząć opowieść u źródła mojej pasji. Chciałabym przybliżyć nie tylko samą dyscyplinę jaką jest nurkowanie, ale również naukę, która jest jednym z najważniejszych elementów bezpiecznego nurkowania. Uważam, iż każda osoba, która pragnie uprawiać ten sport powinna zapoznać się nie tylko ze sprzętem i techniką poprawnego oraz bezpiecznego nurkowania, ale również posiąść wiedzę z zakresu pierwszej pomocy, biologii a także geografii. Ta opowieść będzie nie tylko zachętą do nurkowania, ale przede wszystkim motywacją do rozwijania swoich pasji i hobby.

Wszystko zaczęło się w zeszłym roku, dokładnie w czerwcu 2017 roku, kiedy to koleżanka opowiedziała mi o centrum nurkowym mieszczącym się w mieście, w którym obecnie pracuję. Samo nurkowanie nigdy nie było mi obce. Jako dziecko często ubierałam maskę, fajkę oraz płetwy i razem z tatą nurkowałam w ciepłych wodach Grecji oraz Chorwacji. To tam nauczyłam się podstaw oddychania przez fajkę, prawidłowego poruszania nogami oraz techniki wyrównywania ciśnienia w uszach po zanurkowaniu na głębokość kilku metrów. Podekscytowana możliwością powrotu do nurkowania i to z profesjonalnym ekwipunkiem, postawiłam skontaktować się z instruktorem, który wyszkolił dziesiątki albo setki osób. Rozmowa przebiegła szybko i ku mojemu zaskoczeniu, omówiłam się na zajęcia wprowadzające już na kolejny dzień. Wtedy to zaczęła się moja wielka przygoda.

 

Kurs nie był ani łatwy ani krótki. Przez kolejny miesiąc prawie co dwa dni uczęszczałam na zajęcia na basenie, które dzieliły się na część teoretyczną i część praktyczną. Ta pierwsza charakteryzowała się obszernymi informacjami na temat technologii sprzętu nurkowego, fizyki w nurkowaniu, naszego organizmu, techniki bezpiecznego nurkowania, pierwszej pomocy przedlekarskiej a także środowiska wodnego. Wszystkie informacje zawarte były w książce, którą musiałam opanować do zakończenia kursu by móc pozytywnie zdać egzamin, który jednocześnie uprawniał mnie do rozpoczęcia kursu na tzw. wodach otwartych. W międzyczasie praktycznie przygotowywałam się do prawdziwego nurkowania. Najpierw na basenie ćwiczyłam proste czynności takie jak odparowywanie maski w wodzie stojąc i pływając, gwałtowne nurkowanie na dno oraz regulację ciśnienia w uszach. Dodatkowo musiałam dojść do wprawy w pływaniu z płetwami. Do dzisiaj dobrze pamiętam kilometry przepłynięte w płetwach na torze basenowym i komentarze o rzekomo krzywych nogach (zawsze znosiło mnie na lewo). Same zajęcia praktyczne były dla mnie bardzo wymagające pod względem fizycznym jak i psychicznym. Miałam bowiem wrażenie, że ciągną się w nieskończoność. Dodatkowo na początku pojawił się problem ze sprzętem nurkowym – jak wiadomo nie waży mało. Wiedziałam, że należy opanować sztukę ubierania sprzętu by móc bezpiecznie uprawiać ten sport. Kiedy doszłam (prawie) do perfekcji, przyszedł czas na egzamin. W pierwszej kolejności zmierzyłam się z testem teoretycznym, który obejmował zagadnienia zawarte w podręczniku. Zdałam śpiewająco, ale tylko dlatego, że potraktowałam go bardzo poważnie. Wiem, że nurkowanie nie jest łatwym sportem i należy do niego podejść z pokorą. Brak umiejętności na głębokości kilkudziesięciu metrów może skończyć się tragedią, dlatego wzięłam sobie rady instruktora do serca i pilnie przestudiowałam materiały. Oczywiście druga część egzaminu obejmowała proste umiejętności pływackie oraz pierwszą pomoc przedlekarską w warunkach praktycznych co znaczy mniej więcej to, że musiałam doprowadzić na brzeg (basenu) tonącego nurka – symulanta. Aż w końcu – zdane!

Perfetto! I w tym momencie mogłam już nurkować na łonie natury.

***

 Via Sport Diving Marina „Koparki” w Jaworznie to miejsce, w którym zdobyłam doświadczenie na głębokości maksymalnej zbiornika, czyli około 18m. Pokrótce dodam, że ów zbiornik jest pozostałością po kamieniołomie „Gródek”, gdzie obecnie funkcjonuje baza nurkowa. W lipcu w Polsce temperatury sięgały 30 stopni, jednak mój komputer nurkowy wskazywał miejscami 13 stopni na głębokości poniżej 15m. Jednym słowem: zamarzałam. Jestem osobą ciepłolubną i przeżyłam w tamtych chwilach załamanie. Nie dość, że temperatura dawała w kość, to jakby tego było mało okazało się, że mam problem – przy każdym nurkowaniu męczył mnie krwotok z nosa. Dzielnie walczyłam z tą przypadłością – aż w końcu wizyta u lekarza okazała się koniecznością. Skończyło się dobrze, ponieważ po ośmiu zejściach (po około 35 minut) mój organizm przyzwyczaił się do wspominanej wcześniej głębokości oraz temperatury i przestał gwałtownie reagować. Podczas ostatniego zejścia znowu musiałam się wykazać swoimi umiejętnościami, ponieważ to ja „prowadziłam” nurkowanie, które było równocześnie egzaminem kończącym cały kurs. Zdałam bez problemu i wraz z klapsem z płetwy w pupę, stałam się pełnoprawnym nurkiem (siniaki towarzyszyły mi jeszcze przez kilka tygodni J ). Teraz mogłam już tylko planować swoją pierwszą prawdziwą wyprawę nurkową do ciepłych krajów.

Niżej kilka zdjęć ze zbiornika „Koparki”.

Szczęście po zdanym egzaminie. Od tej pory mogę mówić o sobie jako płetwonurek a dokładnie płetwonurek 1 Star CMAS Diver.

Od tego momentu post będzie miał nieco inny charakter, ponieważ dalsze przygody będę opisywała z perspektywy certyfikowanego nurka (nadal niedoświadczonego, ale z papierem w ręku a to już przecież coś 🙂 ). Gran Canaria – to miejsce, w którym odbyłam swoje pierwsze nurkowanie w ciepłych wodach. Dlaczego ta wyspa? Odpowiedź jest prosta, ponieważ jeszcze przed kursem nurkowym zarezerwowałam sobie wczasy na Wyspach Kanaryjskich. Stwierdziłam więc, że skoro wakacje mam już zaplanowane to mogę w nie włączyć nurkowanie.

Jak powszechnie wiadomo wody oceanu wokół Gran Canarii nie należą do najlepszych (ani ciepłych) miejsc nurkowych. Jednak z przyczyn logistycznych ciężko byłoby mi połączyć kilka wyjazdów w jednym sezonie. Zatem zmotywowana i pełna sił zaczęłam poszukiwać baz nurkowych w miejscowości, w której miałam się zatrzymać. Bez problemu znalazłam kilka ciekawych miejsc z dobrą ofertą (dobrą to znaczy stosunek jakości usługi do ceny był zachowany). Po dotarciu na wyspę odwiedziłam pierwsze miejsce nurkowe, które miałam na swojej liście i zapoznałam się z lokalną ofertą. Szef bazy objaśnił mi wszystkie formalności podczas krótkiego spotkania, które odbyło się dwa dni przed planowanym zejściem do wody. Wiedziałam, że z grupą, z którą organizuje wyjazd będę bezpieczna, dlatego bez wahania zapisałam się na dwa nurkowania w okolicy Playa de El Cabron (Arinaga).

Miejsce nurkowe – folder w bazie nurkowej

Wyznaczonego dnia pojawiłam się w umówionym miejscu. Dostałam swoją torbę i spośród dziesiątek elementów sprzętu musiałam spakować swój zestaw potrzebny do nurkowania. Nie było to wcale takie łatwe. Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Niestety na nurkowanie wybrałam się sama – znajomi, z którymi odwiedziłam Gran Canarię nie nurkowali ze mną a reszta osób biorąca udział w wyprawie była obcojęzyczna i zorganizowana w małe grupy. Nie ukrywam, że nie czułam się tam swobodnie. Postanowiłam na samym początku wyrzucić niepotrzebne myśli z głowy i zaangażować się w nurkowanie. Po to tam przecież pojechałam.

Niżej zdjęcia ze zbiórki – pakowanie sprzętu i organizacja grupy.  Każdy uczestnik nurkowania dostał torbę, w której znajdowała się maska, fajka, automat oddechowy, KRW (kamizelka ratowniczo–wypornościowa), pasy, obciążenie itd.

W samochodzie znajdowały się butle wypełnione zarówno powietrzem jak i nitroxem.

Wyżej mój kosz nurkowy z przyporządkowanym numerem 24. Do środka wrzuciłam sobie swoje płetwy, które przywiozłam z Polski, maskę oraz fajkę. Dodatkowo wypożyczyłam strój nurkowy i inne elementy niezbędne podczas nurkowania.

Po prawie godzinnej jeździe w zatłoczonym i ciasnym busie dotarliśmy na miejsce. Na początku byłam zachwycona widokami, którymi dzielę się pod tym akapitem. Lecz potem zrozumiałam, że klif na którym stoję jest przepiękny, ale… muszę z niego zejść, żeby dostać się na miejsce skąd będziemy wchodzić do wody.

W końcu nadeszła chwila, w której wzięłam do swoich rąk kosz i zniosłam go na dół po śliskich skałach. W momencie kiedy myślałam, że już wszystko mam, oświeciło mnie, że brakuje mi najważniejszego – butli z powietrzem. Niestety ten ciężar był ponad moje możliwości ze względu na warunki, które panowały tego przedpołudnia. Na szczęście wystarczyło się rozejrzeć i przy moim boku pojawił się młody Litwin, który z chęcią i uśmiechem na twarzy pomógł mi z najcięższymi elementami jak również asystował przy ubiorze.

Wyżej uchwycona moja grupa nurkowa, która przygotowuje się do pierwszego nurkowania.

Ostatnie chwile przed nurkowaniem. Zaraz miałam odbywać swoje pierwsze (śmiertelnie) poważne nurkowanie na otwartych wodach Oceanu Atlantyckiego.

Pierwsza myśl po wejściu do wody? Woda to żywioł i jest niebezpieczna. Falowanie było na tyle silne, że zużywałam masę energii na utrzymaniu się w wyznaczonym punkcie oddalonym mniej więcej 20 metrów od brzegu. Druga myśl? Ta woda jest sto razy cieplejsza niż polskie zbiorniki w środku lata. Przyznaję grubość kombinezonu, w którym nurkowałam w Polsce i w oceanie była taka sama tzn. 5 mm. Mimo wszystko poczułam wielką radość, że ani razu podczas nurkowania nie będę myślała o zimnie.

Na sygnał przewodnika zanurkowaliśmy i zanim się zorientowałam znajdowałam się już dobre kilkanaście metrów pod poziomem wody a moim oczom zaczęły się ukazywać fantastyczne zwierzęta zamieszkujące przybrzeżne wody Gran Canarii. Z tymi zwierzętami to przesadziłam, na początku zobaczyłam kilka małych rybek i pomyślałam, że „przeleciałam” pół świata żeby zobaczyć kilka złotych rybek w wodzie. Na szczęście potem już było tylko ciekawiej.

Obezwładniająca mnie radość i euforia sprawiły, iż postanowiłam uwiecznić ten moment.

Grupa nurkowa liczyła osiem osób w tym przewodnika. Z powodu mojego krótkiego stażu, nurkowałam obok przewodnika w pierwszej linii. Tuż za mną płynęły dwie osoby a całą grupę zamykała trzyosobowa rodzina z Wielkiej Brytanii. Przyznaję, że na początku ogrom oceanu i świadomość tego, gdzie jestem, wprawiał mnie w panikę. Cały czas kontrolowałam swoje nerwy i myśli. Wiedziałam, że tylko spokój mnie uratuje. Na takiej głębokości należy kontrolować swoje ciało i oddech. Po pięciu minutach czułam się już bardzo swobodnie. Obyłam się ze sprzętem i słoną wodą (to było przecież moje pierwsze nurkowanie w słonej wodzie). Wciąż jednak szukałam wzrokiem zwierząt. Na dnie było wiele skał i gdzieniegdzie zza kamienia wychylała się ryba. Przybrzeże Gran Canarii nie należy do miejsc obfitujących w życie. Udało mi się zobaczyć kilka wielkich ryb, które płynęły w oddali oraz skupiska małych ryb, które swobodnie unosiły się nad naszymi głowami.

Dno nie wyglądało zachęcająco ze względu na kolor oraz swoją strukturę, jednak czasem można było dojrzeć wiele ciekawych organizmów zamieszkujących te okolice.

Podczas pierwszego zejścia do wody udało mi się dojrzeć kilka gatunków ryb m. in. wielobarwne papugoryby, brotule, drumy, ryby luszczowate oraz mureny, które chowały się w wydrążonych skałach. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak żółte plamki, jednak po podpłynięciu bliżej można było zobaczyć ich wielkie oczy i zęby. Z tymi zwierzętami nie ma żartu. Przewodnik kierował nas na kryjówkę mureny a następnie próbował wypłoszyć zwierzę ze swojej jamy. Raz nawet mu się udało i murena pokazała nam swoje wielkie zęby! To było przeżycie! Zobaczyć z bliska rybę, którą zwykłam oglądać w programach przyrodniczych. Kolejne minuty mijały tak szybko, że zanim się zorientowałam wskaźnik tlenu zbliżał się do rezerwy i przewodnik dał znać, że zaczynamy procedurę wynurzania z uprzednim przystankiem dekompresyjnym na głębokości kilku metrów. Ze względu na fakt, że miałam już mało tlenu, moja butla ważyła mniej niż na początku nurkowania. Nie zebrałam ze sobą na tyle obciążenia, żebym spokojnie mogła utrzymywać umówioną wcześniej wysokość. Przewodnik widząc moje problemy złapał mnie na butlę i przycisnął do skały. Właśnie tak spędziłam kolejne 5 minut – wciskana w skały przez przewodnika. I jeszcze pomyśleć, że zapłaciłam za to niemałe pieniądze. To jest oczywiście żart. Jestem wdzięczna temu człowiekowi, że wziął mnie pod swoje skrzydła i przez cały czas obserwował mnie kątem oka.

W pierwszej kolejności, gdy znalazłam się już na lądzie, odszukałam samochód, którym przyjechaliśmy i znalazłam kilka dodatkowych ciężarków do pasa. Wiedziałam, że potrzebuję więcej balastu, żeby pod koniec nurkowania nie unosić się gwałtownie w górę. Podczas przerwy udało mi się zamienić parę słów z moją grupą nurkową, zjadłam słodką bułkę, wypiłam spore ilości wody i oczywiście zrobiłam kilka ładnych zdjęć.

Koniec przerwy. Kombinezon – pianka na siebie, pas zapięty, butla z tlenem podpięta do automatu oddechowego, maska na twarz, znak przewodnika, że wchodzimy do wody i zanim się spostrzegłam stałam w kolejce do zejścia by móc po raz drugi podziwiać piękno dna oceanu. Tym razem było gorzej. Falowanie było jeszcze silniejsze a przypływ zbliżał się nieubłaganie. Ponownie zeszliśmy na głębokość około 15 m i tym razem obraliśmy inny kierunek. W pierwszym momencie znowu odwiedziliśmy kryjówki muren, by bardzo szybko dopłynąć do wielkiego rowu w dnie. Wyglądało to przerażająco. O ile znajdowałam się 2 metry nad piaszczystym dnem czułam spokój, o tyle wychylenie się poza krawędź (nie widziałam dna tylko głębię) wzbudzało we mnie strach. Adrenalina krążyła we mnie jak oszalała. Nigdy nie zapomnę tych emocji, zresztą mój przewodnik też nie. Tak bardzo skupiłam się na uchwyceniu tego momentu, że przewodnik musiał mnie złapać i „napompować” moją KRW. W przeciwnym razie opadłabym na dno. Dostałam reprymendę kilkoma gestami (po wyjściu na brzeg skwitował to krótkim komentarzem: „young people – first camera, second life”). Cała sytuacja może nie była niebezpieczna, ale od tego momentu zaczęłam się pilnować i karcić w myślach, że przecież moje zdjęcia nie są najważniejsze.

Dalej łagodnym zejściem dopłynęliśmy do równiny na której zobaczyłam ławicę ryb. To był najpiękniejszy obraz jaki w życiu widziałam. Znalazłam się w środku ławicy, otaczały mnie ryby i na dodatek wszystkie poruszały się w jednym kierunku. Wyglądało to jakbym znalazła się w centrum tornada, które wirowało wokół mnie. Każde moje delikatne uniesienie ręki powodowało zmianę kierunku, w którym się poruszały. To tak jakby starały się dopasować do moich gestów lub je naśladować. Fantastyczny widok!

 

Przeżycie nie do opisania. Mimo iż otoczenie nie było tak kolorowe jak z okładek wakacyjnych katalogów to na mnie wywarło ogromnie wrażenie. Do dzisiaj każde zrobione zdjęcie oglądam z wielkim sentymentem.

Po spotkaniu z ławicą ryb, powoli kierowaliśmy się do brzegu, ponieważ zapas powietrza osiągnął połowę. Podczas drogi powrotnej zachwycałam się pięknem otaczającej mnie przyrody i spokojem. Słyszałam krew przepływającą przez moje uszy, poczułam wewnętrzny spokój i harmonię. Dla tego uczucia warto było przejść tę całą drogę od podjęcia decyzji o nurkowaniu po uczestnictwo w kursie aż po samą wyprawę na Gran Canarię. Drugie wynurzanie wspominam lepiej, więcej ciężaru na pasie spowodowało to, że nie potrzebowałam asysty przy przystanku dekompresyjnym. Niestety podczas wyjścia z wody okazało się, że mamy przypływ. Fale z całym impetem uderzały o skały. Wycieńczona wyszłam z wody i podmyta przez jedną z takich fal, upadłam na skały przyciśnięta przez cały sprzęt nurkowy. W pierwszej chwili zakręciło mi się w głowie, ponieważ czułam potworny ból w kolanie. Szybko powiadomiłam resztę, że ogólnie żyję i nic mi nie jest. Kilku panów z naszej grupy nurkowej podbiegło do mnie i postawili mnie na nogi. Okazało się, że mam skaleczone kolano. To była moja pamiątka po nurkowaniu na Gran Canarii, żebym przez najbliższe tygodnie pamiętała co wspaniałego przeżyłam.

Obecnie mam w głowie mnóstwo planów dotyczących nurkowania, które chcę zrealizować na przestrzeni najbliższych miesięcy i lat. Wiem na pewno, że będę rozwijała swoją pasję i próbowała zarazić ją wielu moich bliskich.

***

Moja historia ma wiele zwrotów akcji, chwil napięć i momentów uniesienia. Mimo wahań nastrojów i fizycznego zmęczenia, trzymałam się swoich założeń wiedząc, że uwielbiam to co robię i chcę to robić dalej. Pod wodą osiągnęłam stan harmonii ciała z moim umysłem, uspokoiłam myśli i poznałam siebie. Każdemu kto chociaż odrobinę kocha wodę i pragnie poznać swoje możliwości oraz własne myśli, gorąco polecam nurkowanie. Nie musi to być wielotygodniowy kurs, wystarczy zagranicą udać się do bazy nurkowej i pod czujnym okiem instruktorów nauczyć się tego sportu, zdając egzamin i zdobywając certyfikat. Możliwości jest wiele, trzeba tylko zacząć od tego by wykiełkować w sobie myśl i chęć do nurkowania lub innej pasji, bo przecież każdy ma w życiu jakąś.


Zdjęcie z cyklu „Pół żartem, pół serio” wykonane dzień po nurkowaniu na Gran Canarii.

3 Comments
  1. swietna opowisc, ladna dziewczyna, pasja godna pozazdroszczenia

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *