Przygoda Polarna

Przygoda Polarna

Aby usystematyzować całą historię, którą tu za chwilę przytoczę, pozwolę sobie zanudzić was kilkoma szczegółami z mojego życia, które sprawiły, że znalazłam się w tym punkcie, w którym aktualnie się znajduję.
Początki nie były oczywiste, nie jestem jedną z tych osób, które chodziły po górach od dziecka, nie urodziłam się w rakach i z czekanem w dłoni. W zasadzie jako dziecko byłam małą leniwą bułą, która wolała pałę w dzienniku niż przebiec 800m na WF. Za to zawsze kręciła mnie biologia (miałam nawet krótki epizod studiowania Biologii) i geografia (aktualnie mam dłuższy epizod studiowania Geografii). Mimo wszystko z racji mieszkania na Śląsku, góry były mi bliskie – wycieczki szkolne, wypady ze znajomymi, zwykle w Beskid na dzień lub dwa, kilka razy w roku również Tatry, Karkonosze. Jeździłam w góry kilka razy w roku ale generalnie nie robiło to na mnie większego wrażenia (choć już w liceum mówiło się, że „prędzej wielbłąd przez ucho igielne przelezie aniżeli Wiki pomyli drogę na Równicę”;). Aż do dnia w którym na fali pierwszego kryzysu egzystencjalnego zdecydowałam się pojechać na sylwestra w Bieszczady (swoją drogą, od tamtej pory spędzam tam każdego sylwestra). Któraś z połonin, a może Bukowe Berdo: zamieć,-30 stopni, widoczność na 5m, wiatr uderzający w twarz nie pozwalający złapać oddechu, torowanie głębokiego na metr śniegu. Poczułam trochę, że umieram, a trochę, że żyję. Wtedy zakochałam się w śniegu, mrozie i wietrze. Miesiąc później pojechałam w Tatry i siedzę w nich do dziś.

Mając w głowie ośnieżone granie, przebierając nogami dokończyłam studia z dietetyki w Warszawie. Mimo, że wcześniej swoją przyszłość wiązałam właśnie z tym miastem, to w obliczu mojego nowego konika prędko wróciłam na Śląsk, który stanowi zdecydowanie lepszą bazę wypadową. Początkowo udawało mi się godzić pasję z pracą, co weekend wyrywałam się na szlak, chodziłam na szkolenia, przeprosiłam się ze snowboardem, stawiałam pierwsze kroki na biegówkach i nartach. Niestety, w którymś momencie praca zdominowała moje życie, wtedy nastąpił kryzys nr. 2. Zamknęłam firmę, uznałam, że nie samą pracą człowiek żyje i znalazłam studia, które pozwolą na realizację moich zainteresowań. Padło na specjalizację o kuszącej nazwie Eksploracja Obszarów Polarnych i Górskich (EOPiG), na Wydziale Nauk o Ziemii UŚ. EOPiG należy do Centrum Studiów Polarnych, na które składają się trzy ściśle ze sobą współpracujące placówki:
-Wydział Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego (jednostka wiodąca),
-Instytut Geofizyki PAN
-Instytut Oceanologii PAN
Nasze Centrum Studiów Polarnych zyskało status Krajowego Naukowego Ośrodka Wiodącego (KNOW), a celem jego działalności jest prowadzenie interdyscyplinarnych badań środowiska przyrodniczego Arktyki i Antarktyki oraz kształcenie młodej kadry naukowej.
Brzmiało jak zestaw idealny dla amatora warunków zimowych. Kierunek kusił doskonałą kadrą naukową, wysokim stypendium, badaniami terenowymi, licznymi wyjazdami górskimi, krasowymi, polarnymi. I faktycznie, ilości wyjazdów nie jestem w stanie zliczyć. Do najważniejszych moich wyjazdów z pewnością mogę zaliczyć:

  1. kilkunastodniową podróż statkiem naukowym Horyzont II, pobyt i badania na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie, Longyearbyen oraz na Stacji Polarnej Kaffioyra.

Jak znalazłam się na Stacji? Jak powszechnie wiadomo, Polska Stacja Polarna Hornsund im. Stanisława Siedleckiego jest prowadzona przez Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk (IGF PAN). W wyniku działania Centrum Studiów Polarnych i tym samym współpracy IGF z Uniwersytetem pojawiła się możliwość abym zrealizowała pracę dotyczącą syntezy skórnej witaminy D w warunkach polarnych przy użyciu specjalistycznych mierników indeksu UV i wit. D. Takim propozycjom się nie odmawia i tak oto IGF PAN (swoją drogą – znowu w moim życiu pojawiła się Warszawa;) ) wysłał mnie wraz z 40 Wyprawą Polarną na Arktykę aby mierzyć promieniowanie słoneczne.

Statek na Stację płynie ok 8 dni w jedną stronę, na szczęście przez większość mojej ponad dwutygodniowej podróży morskiej pogoda dopisała co miało niemałe znaczenie dla moich pomiarów. Literatura w czasie podróży również nie odbiegała tematyką od kółka zainteresowań.

Trasa obejmowała Morze Bałtyckie, Północne, Norweskie, Barentsa, Grenlandzkie, oczywiście Ocean Arktyczny. Wiatr dochodził do 9 w skali Beauforta . Chorobę morską zniosłam dzielnie, załoga i kapitan zgodnie stwierdzili, że w poprzednim wcieleniu byłam piratem.

Oczywiście przekroczenie koła podbiegunowego czyli równoleżnika  66°33’39″N wiązało się z przejściem chrztu morskiego, wyjątkowo traumatyczne doświadczenie 🙂 .

IV oficer /gdy kapitan nie patrzył 🙂 /. Mimo, że początkowo było ciężko i chciałam wyskoczyć za burtę, to z czasem nawet polubiłam życie na morzu, ostatniego dnia wcale nie chciałam opuszczać statku. Czasem się zastanawiam, czy nie doświadczyłam syndromu Sztokholmskiego 😉

Walenie i orki umilały nam nieprzespane noce i dnie.

Jeden z mierników. Piękne słońce mamy tej nocy, czyli dzień polarny godzina 3.00- promieniowania UV nie stwierdzono, a więc jednak noc.

Horyzont II w pełnej krasie, cumuje w fiordzie Hornsund w okolicach Polskiej Stacji Polarnej PAN.

Widok z kajuty w fiordzie Hornsund na Lodowiec Hansa.

Polska Stacja Polarna Hornsund na Spitsbergenie, widok z okolic przylądka Wilczka

Przylądek Wilczka

Pod drzwiami Stacji

Okolice stacji, poroże leżało na każdym kroku, renifery kręcą się wszędzie i widok człowieka nie robi na nich wrażenia. Były również liski, miśki, foczki ale to zdecydowanie zasługuje na osobny wpis.

Jęzor lodowca Hansbreen i fokowąs tudzież foka wąsata.

Spitsbergen jest największą wyspą archpelagu Svalbard. Stolica Svalbardu to Longyearbyen, które również było punktem na trasie naszej podróży ku północy:

Surowe widoki , masywy kojarzące się z naszymi hałdami. Wrażenie nieprzypadkowe ponieważ jeszcze do niedawna wydobywano tu węgiel kamienny, a miasto było typowo górnicze 😉 resztki szybów:

Zarówno w okolicach Stacji jak i poza miastem z przyczyn powyższych nie należy poruszać się bez broni.

Typowa kolorowa norweska zabudowa w Longye

Oraz typowo norweska rekreacja 😉 Szczególnie zimą psie zaprzęgi są bardzo popularne.

Jeszcze dalej na północ, w okolicy 78 równoleżnika znajduje się Kaffioyra ze Stacją (letnią) UMK, do której dostarczyliśmy letników zgarniętych z Longye:

To właśnie tu miałam pierwszy kontakt z miśkiem polarnym, który jak się okazało, przez jakiś czas był nielegalnym lokatorem toruńskiej stacji 😉

Jeśli Was interesują informacje dotyczące prowadzonych na badań, fauny i flory Spitsbergenu, życia na Stacji Polarnej lub mieszkania i studiowania w Longyerbyen to chętnie poświęce temu osobne wpisy.

Wiem, że miało być o górach, a nie podróżach pełnomorskich (jakkolwiek z norweskiego Spitsbergen oznacza Ostre Góry), to chciałam już tylko wspomnieć o bardzo sympatycznym listopadowym rejsie w ramach współpracy z Instytutem Oceanologii PAN.
2. kilkudniowy rejs i badania oceanograficzne statkiem naukowym Oceania na morzu Bałtyckim

Nasz piękny trójmasztowiec Oceania robił furorę w Ustce, ja w stroju nietoperza. Statek we władaniu Instytutu Oceanologii PAN.

Laboratorium na wodzie, gdy bujało było interesująco J Robota polegała głównie na laniu wody 😉

Science, bitch!

Praktyki odbywały się w ramach naszych zajęć i współpracy z Instytutem Oceanologii PAN. Skupiały się głównie na pomiarach fizyko-chemicznych wód pod kątem instalacji elektrowni wiatrowych na Bałtyku. Gdyby kogoś bardziej zainteresowały pomiary oceanograficzne- również chętnie je opiszę;)

Kolejne wyjazdy, tym razem wracamy w Tatry:

  1. comiesięczne pomiary termiki jezior w Dolinie Pięciu Stawów Polskich

O tych pomiarach mogłabym opowiadać długo i namiętnie. W dużym skrócie pomiary służą ocenie wpływu zmian klimatycznych na termikę jezior w DPS (obejmują Przedni, Wielki i Zadni Staw). Już od początku studiów jeździmy do DPS średnio raz w miesiącu, z pominięciem okresu w którym stawy zamarzają (październik) oraz rozmarzają (czerwiec) oraz okresu największego najazdu turystów (sierpień). W okresie letnim pomiary robimy z pontonu, zimą wiercimy przeręble oraz dokonujemy dodatkowych pomiarów takich jak gęstość i grubość lodu. Oczywiście konkretne punkty pomiarowe wyznaczamy przy pomocy GPS.

Sprzęt letni to GPS, przyrządy pomiarowe oraz 100 metrów kabla. W najgłębszym miejscu Wielki Staw Polski ma ok 80 metrów, co czyni je 3cim najgłębszym Jeziorem w Polsce i tym samym dość upierdliwym dla nas i naszych pomiarów 😉

Sezon wiosenny – Wielki Staw Polski. Już rozmarza, można wpaść po uda w wodę jednak pod nią nadal kryje się stabilna warstwa lodu, mimo wszystko dla komfortu psychicznego korzystamy z dodatkowych asekuracji.

Widok z Zadniego Stawu, tego dnia z Gładkiej Przełęczy zeszła piękna lawinka.

Piękna pogoda, turkusowa woda, tego dnia widzieliśmy fenomenalne zjawisko Halo, ale nikt nie wpadł na pomysł zrobienia zdjęcia 🙂

Sprzęt zimowy to wiertło, łom i łopata oraz operator. Sezon zimowy – Wielki Staw

Gdy Panowie machają łomem, Panie zwykle wodują kabel i zamarzają 🙂

Ciągnie mnie do tej wody. Sezon letni na Przednim Stawie, silny wiatr nie ułatwiał pomiarów.

Sezon jesienny na Zadnim Stawie, zdjęcie wykonane przez Panią Irenę Stangierską, która wraz z ekipą nurków towarzyszyła nam tego dnia na stawach.

Kulisy powstawania zdjęcia 😉

Nie jestem w stanie zliczyć ile tych wyjazdów było. Zdecydowanie życie ułatwia nam TPN wydając zgody na wjazd i badania naukowe na terenie Parku dzięki czemu nie musimy każdorazowo pokonywać trasy Palenica-Wodogrzmoty.

Wiele zawdzięczamy również gościnności Schroniska w DPS, cudowni i zawsze chętni do pomocy pracownicy bez których niejednokrotnie nie udałoby się nam wykonać roboty. Zawsze wiedziałam, że to moje miejsce na Ziemi, a w trakcie tych studiów utwierdziłam się w tym przekonaniu 😉

 

Teraz trochę o szkoleniach:

  1. szkolenia lawinowe na Babiej Górze

Zdecydowanie zasługuje na osobny opis. Kilkudniowe szkolenie na Babiej było zaawansowane, obejmowało część teoretyczną i bardzo rozbudowaną część praktyczną, wraz z pozorowaną akcją lawinową. Nie zabrakło również pozoranta (pseudonim Józek). Niemalże każdy z nas był wcześniej na kursach lawinowych i potrafił obsługiwać lawinowe ABC, jak jednak poradzić sobie gdy delikwent w lawinie nie był szczęśliwym posiadaczem detektora? Kolejna sprawa- na szkoleniach z obsługi ABC instruktorzy zwykle zakopują piepsy na głębokość kilkunastu cm, twarde płytki równie łatwo jest wysondować. Jak wysondować miękkie ciało 1,5 m pod śniegiem? I jak je prawidłowo je odkopać? Tego właśnie nauczyli nas panowie ze Służby Śniegowo Lawinowej GOPR.

Z Józefem, zwróćcie uwagę na przekopany śnieg, przez kilka godzin przerzucaliśmy śnieg aby upozorować lawinisko oraz aby trudno było odgadnąć lokalizację porwanego przez lawinę Józefa.

Schowani za przełęczą Brona- nikt z nas nie widział gdzie nasi koledzy zakopują Józka i jak wygląda jego sytuacja. Akcja rozpoczynała się już na lawinowym stoku i obejmowała wszystkie etapy akcji ratunkowej.

Jak widać Józek zawsze tkwił głęboko w śniegu. Zespoły były 3-osobowe, każda grupa miała inne zadanie, każda pozorowana sytuacja była inna- od najprostszej w której ofiara miała przy sobie ABC, przez trudniejszą w której lawinowe ABC było w innym miejscu niż ofiara (typowe gdy detektor nosi się np. w plecaku) i wówczas można szukać wiatru w polu, aż po sytuacje w której ofiara nie miała detektora wcale i mogliśmy polegać jedynie na sondach. Warunkiem zaliczenia zadania było wyciągnięcie Józka w 15 min, czyli w czasie w którym istnieje realna szansa na ratunek.

linia tyralierska (tylariela) i sondowanie.

Nie każdej grupie udało się uratować Józka. Nasze akcje choć skuteczne były dalekie od ideału. Szkolimy się więc dalej aby nabrać wprawy. Kolejne szkolenie w marcu tym razem dla odmiany na Kondratowej.

  1. szkolenie z metod badań pokrywy śnieżnej, szkolenie survivalowe na Hali Gąsienicowej

Ostatnie szkolenie lawinowe na którym byłam (styczeń 2018). Tym razem poza pozorowaną akcją lawinową obejmowało powtórkę z wykorzystania testów lawinowych:

Odcinanie śnieżnego bloku za pomocą piłki.

Ocena stabilności pokrywy śnieżnej za pomocą bloku ślizgowego z pięknym Kościelcem w tle. Wykorzystywaliśmy również testy szufelkowe. Oczywiście przypomnieliśmy sobie stosowanie metod zarządzania ryzykiem w terenie lawinowym za pomocą Snowcard, Avaluator, StopOrGo.

Do technik lawinowych wykorzystaliśmy nasz szurf, który docelowo służył do badania pokrywy śniegowej:

Ciężką pracę wynagradzały widoki.

Ujęcie pełne majestatu. Niestety mieliśmy tylko 3 łopaty o które o dziwo była walka 🙂

Niemały szurfik, ponad 2 metry.

Określanie rozmiaru i rodzaju kryształów w poszczególnych warstwach pokrywy za pomocą mikroskopu (lub lupy)

Mała ściągawka.

Pomiar temperatury poszczególnych warstw śniegu.

Nachylenie stoku i wiele, wiele innych pomiarów.

Dane zapisywaliśmy aby następnie wprowadzić do bazy danych programu SnowPilot.

Dodatkowo w ramach tego szkolenia mieliśmy elementu survivalowe z zakresu rozpalania ognisk, który to fragment z oczywistych przyczyn przemilczę 🙂 oraz z kopania jamek śnieżnych. Nasza jamka pomieściła 7 osób, a wyglądała z zewnątrz tak:

Od wewnątrz tak:

Przyzwoita miejscówka, niestety nikt z nas nie miał śpiwora ani płacht (wyjazd trwał 5 dni i mieliśmy własną pościel) więc nie było możliwości przenocowania.

Dodatkowo podczas szkolenia zaznajomiliśmy się z astronomią oraz nawigacją za pomocą gwiazd (warunki ku temu mieliśmy zjawiskowe, bezchmurne niebo i widoczne wszystkie konstelacje), sztuką przetrwania w górach w warunkach zimowych, oraz z historią i funkcjonowaniem Stacji Badań Niwalnych IMGW:

Przyrządy pomiarowe ogródka meteo.

Gdyby kogoś interesowało szczegółowe działanie przyrządów pomiarowych oraz to chętnie je opiszę;)

Dodatkowo mieliśmy okazję po raz kolejny pobawić się kamerą termowizyjną:

Pozostałe wyjazdy to m.in.:
– wyjazdy krasowe (Czechy, Hranicka Propast, na Pomezi)
– obsługa urządzeń geofizycznych takich jak kamery termowizyjne, elektrooporówka, georadar, skaner laserowy (DPS, MOKO) oraz wielu innych, o których pewnie zapomniałam 😉

Kamera termowizyjna ukierunkowana na Wielki Staw.

Skanning laserowy, Czarny Staw pod Rysami.

Georadar na Wielkim Stawie.

To by było na tyle z krótkiego przekroju naszych najciekawszych studenckich wyjazdów w teren, myślę, że historię moich przygód związanych z realizacją pasji podsumowuje zdjęcie, które zrobiłam na jednej z witryn sklepowych w Longyearbyen:

8 Comments
  1. Bardzo ciekawa życiowa przygoda, zrealizowana w myśl zasady jak już coś robić to całym sobą i dobrze.
    Zastanawiam się na wszystkimi szkołami, które ukończyłem i widzę, że można było inaczej :).

  2. Bardzo fajny i inspirujący opis – czysta motywacja do działania i poszerzania wiedzy.
    nie wiedziałam, ze góry można studiować 🙂

  3. i weź tu teraz pochwal na feju się dyplomem z bibliotekarstwa :0

    1. Hej Yeti, dziękuję, w robocie mówią na mnie Yeti bo nikt mnie tam nigdy nie widzi i ponoć żyję gdzieś w górach 🙂

  4. kolejna wspaniała i urokliwa kobieta z pasją na tym blogu!

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *