Spotkania z mistrzami – Darek Kaptur

Spotkania z mistrzami – Darek Kaptur

Na spotkanie zjawia się przed czasem, spokojnie czeka na nas w małej, przytulnej kawiarence na raciborskim rynku.

O sobie samym na portalu rsw-raciborz.pl pisze:

Wspinam się od 1986r. Instruktorem PZA zostałem w 1995r. (od pewnego czasu jestem na dobrowolnej emeryturze instruktorskiej by mieć czas wspinać się dla przyjemności). Jestem autorem około 100 nowych dróg. Wspinam się latem i zimą, po tym co mi się podoba.

Darek Kaptur.

Jakie były początki Twojej kariery wspinaczkowej, jak to się zaczęło?

Początki. Mogę o sobie powiedzieć samouk. Bo wtedy, kiedy ja zaczynałem się wspinać ciężko było w Raciborzu spotkać skonkretyzowanych mentorów. Brało się rysunek i testowało – jak to ma być, czy to działa itd. Takie samokształcenie, nie mieliśmy (razem z bratem) za bardzo wtedy alternatywy, więc wszystko odbywało się tak dosyć jajcarsko. Ale we wspinaniu tak jak w życiu – trzeba mieć farta, i ja tego farta miałem. Mój fart polegał na tym, że już w pierwszych sezonach stykałem się z fajnymi gośćmi, z takimi wspinaczami naprawdę z górnej półki, którzy udzielili mi dużego wsparcia merytorycznego, wiedzy, nieraz sprzętu i to mi naprawdę dużo dało, bo taki szybki przeskok zrobiłem w zakresie techniki, umiejętności, wiedzy.

A gdybym Cię spytała o Twojego mentora, to czyje nazwisko by padło?

To było wiele osób. To był na pewno Krauze, wiele lat życia z nim przeżyłem, dużo dał mi na przykład Jarek Caban – trochę starszy ode mnie, ale bardzo doświadczony. Kto jeszcze, myślę, że dużo osób, długo by wymieniać.

10924777_781144525306595_1383013652582144965_n

Początkowo podróże na Jurę, dlaczego tam?

Świat był wąski, nikt nie myślał wtedy o wyjeździe w Yosemity. Jura była świetnym miejscem do wspinania. Jak ktoś jeszcze był szczęśliwym posiadaczem pojazdu mechanicznego jak np. mały Fiat, no to już wszędzie mógł dojechać… Ja jeździłem komunikacją masową, miałem obcykaną trasę z Raciborza i już w pięć godzin byłem na miejscu. To było bardzo szybko jak na owe czasy (nie czekałem na przesiadki). Jechało się pociągiem albo autobusem do Katowic, w Katowicach przesiadało się w pociąg do Zawiercia, jadący na Łódź albo Warszawę, a potem już autobusem do Podlesic albo Rzędkowic. Pamiętam, kiedyś pracowałem do czwartku, zaraz po pracy wsiadałem w autobus do Katowic, dojeżdżałem do Zawiercia i dalej do Rzędkowic a potem wzdłuż skał szedłem sobie do Podlesic spacerkiem… A później jak już się przesiedliśmy do samochodów, to  w ogóle było proste. W dwie godziny, dwie godziny z hakiem dojeżdżało się na plac. To już był wtedy komfort. Można było na dzień, dwa przyjechać, a jeszcze benzyna była tania…

Ale raczej się przyjeżdżało na 2 tygodnie niż na dwa dni. Kiedyś pamiętam kolega był 2 tygodnie, urlop mu się kończył, poszedł, złapał za telefon rozmawia z tym swoim szefem, potakuje, tak, tak, tak… wrócił i mówi: nie wiem co on mówił dokładnie, ale chyba mogę zostać. I przedłużał sobie ten urlop jeszcze jakiś czas. Tak to kiedyś było.

Jak robiono nowe drogi?

Po pierwsze nie było jeszcze wtedy takiego wyścigu szczurów. Ludzie przyjeżdżali się wspinać, trzymali się razem i dzielnie wspierali nawzajem.

Jasne, było parcie na wynik i itp., ale to było jakoś tak bardziej w tle.

Siedziało się w skałach, nagle gość przechodzi drogę. Nie było reporterów, nie było zdjęć, nie było pozowania. Informacja w prasie pojawiała się po dwóch miesiącach. Wszyscy się cieszyli, gratulowali, potem piliśmy jakiś toast przy ognisku i koniec. Jakoś tak troszkę inaczej to wyglądało…

A po drugie pojęcie przywłaszczenia sobie cudzej rzeczy było niepojęte. Można było w skały przyjechać, rzucić plecak, iść się wspinać cały dzień, nie trzeba go było pilnować, nic nigdy nie zginęło, mało tego, jak zaczynało padać inni goście Ci go przesunęli czy tam folią owijali, żeby Ci nie zamókł. Czy jak wieszało się linę, nie trzeba było tego ściągać, to jak się powiesiło, tak wisiało. Najwyżej jakiś nadgorliwiec zwinął i przyniósł do Podlesic, bo znalazł, ale pojęcie jakiegoś złodziejstwa wtedy było nie do pomyślenia. W drugą stronę, myśmy wtedy bardzo dużo rzeczy znajdowali w skałach, różny sprzęt: aparat fotograficzny, telefony komórkowe (to trochę później), klucze od samochodów, od mieszkań – mieliśmy taką galerię, gdzie to było wywieszone i do większości tych rzeczy, pomimo naszego proszenia się, pytania nikt się nie przyznawał.

1012871_724582377629477_4650406569521067490_n

Jaka była Jura, kiedy przyjeżdżaliście tam na swoje pierwsze wspiny, na pierwsze weekendy, tygodnie czy miesiące.

Na początku, w latach 80’ przyjeżdżało się na Jurę pod namioty ponieważ Ostaniec był w remoncie.  Życie było tanie, tam wtedy za dzisiejsze parędziesiąt złotych można było naprawdę dobrze żyć i to przez cały miesiąc, chodząc codziennie na obiad. Bywało tak, że za zarobione na szkoleniu pieniądze szło się potem z kursantami do restauracji i za jednym razem połowę się przejadło… bardzo często tak bywało, nie było jakiejś takiej napinki na wielkie oszczędzanie. Problemy konsumpcyjne były rozwiązywane na bieżąco. Jak komuś czegoś brakowało, to ktoś, kto mógł wsiadał w auto, pojechał, kupił i przywiózł – np. 10 bochenków chleba dla wszystkich.

W Podlesicach, pamiętam, w latach 80-tych był jeden sklep GS-owski, w którym kupowało się chleb na zapisy, o ile było się wiarygodnym, bo jak nie, to pani nie zapisywała, bo co z tym chlebem zrobi, jak nie kupisz. Wszystko było trzeba przywieźć sobie ze sobą, albo jechać na zakupy do Kroczyc czy Zawiercia.

Jura, z takiego w pewnym sensie „zaścianka” dopiero w połowie lat 90-tych, kiedy nastąpił taki boom wspinaczkowy zamieniła się w znaną i pożądaną miejscówkę. Wtedy tam były naprawdę tłumy, ale przedtem bywały takie miesiące, jak np. lipiec na przełomie lat 80/90-tych, kiedy w całych Podlesicach przez kilka dni nikogo nie było i siedzieliśmy sami we dwójkę.

Jak zaczęliśmy z Bogdanem Krauze prowadzić szkołę, weszliśmy w kontakty z miejscowymi.

Palacz  hotelu Ostaniec zaprosił nas na kolację, przyjęliśmy zaproszenie oczywiście i wieczorem po pracy przyszliśmy do jego domu we wsi. Rzuciliśmy graty i poszliśmy tak ubrani, jak byliśmy w skałach. Otwiera nam cała rodzina – panowie w czarnych garniturach, białych koszulach, panie w kreacjach wieczorowych, poważnie, na pełny wypas. Dla nich takie przyjmowanie gości było w pewnym sensie nobilitujące. Przyjechali do nich ludzie z „wielkiego świata” i przyjęli zaproszenie. Bo my dla nich uchodziliśmy za niesamowicie szmalowych osobników.

Czasem tamtejsi przychodzili od nas pożyczyć przysłowiową stówę (na stare pieniądze) na piwo czy wino. My im pożyczaliśmy, a oni byli niezwykle honorowi. My mogliśmy dawno zapomnieć o tych pieniądzach, ale oni pamiętali i zawsze oddawali. Czasem nawet, pod zastaw, kiedy nie mieli kasy, sprzedawali nam działki – ziemię. Nie pamiętam dokładnie, ale w najlepszych czasach byliśmy z Bogdanem właścicielami chyba z 17 działek, kupionych po około 500 zł, ale oczywiście to było tymczasowe, oni je potem honorowo odkupowali.

Na jednej z tych działek – pod Zborowem, pamiętam, chcieliśmy zbudować budynek, ale otrzymaliśmy informację, że na tej działce budynku kubaturowego zbudować nie możemy, napisałem więc do wojewódzkiego konserwatora przyrody, czy możemy postawić  niekubaturowy, ale na to pytanie już nie dostałem odpowiedzi – widać konserwator uznał, że na takie szczegółowe pytania nie będzie odpowiadał.

Przyjezdni byli tam traktowani jako taka sobie ciekawostka. Oni tam wtedy nie mieli jeszcze pomysłu jak na tych przyjezdnych mogliby zarobić pieniądze…

Później w latach 90-tych tak naprawdę dwie osoby zapoczątkowały ten rozwój agroturystyki – pierwsza była ta knajpa naprzeciw Ostańca – tam jest taki duży budynek, restauracja, pokoje.  Właściciel tej posesji (Pan Waldek) zbudował  w połowie lat 90-tych XXw. pierwszy bar. Druga (Pani Henia), jak jest ta knajpa na tyłach wsi – właścicielka tego, stworzyła pokoje dla przyjezdnych… i potem już tak falowo poszło.

g. apteka

No właśnie, powiedziałeś jak zaczęliśmy z Bogdanem Krauze prowadzić szkołę… skąd pomysł na nią w ogóle, jak wyglądały początki waszej współpracy?

Współpraca z Krauzem to był przypadek.  W ogóle to z Bogdanem pierwszy raz spotkaliśmy się w latach 80-tych na Zborowie. Chwilę żeśmy pogadali i rozeszliśmy się każde w swoją stronę. To była taka zwykła wymiana zdań, ale pamiętam, że padł w niej tekst, że „no może, jeśli macie ochotę, wpadnijcie do mnie wieczorem, pogadamy”. To była zwyczajna propozycja, ale Bogdan miał też pewien argument dla nas wtedy nie do odrzucenia – pokój z ciepłym prysznicem (śmiech), w tamtych czasach to było coś…

No, ale tak poważnie, to wszystko jakoś tak potoczyło się płynnie. Bogdan pewnego dnia zostawił wszystko i wyjechał do Podlesic tworzyć swą ideę fix w postaci szkoły alpinizmu. I my spotkaliśmy się właśnie wtedy, kiedy pomysł na szkołę w nim się krystalizował. Szybko zawarliśmy taki nieformalny układ o współpracy i już – tak powstała pierwsza prywatna szkoła wspinaczkowa w Polsce. Nasz układ zaś był przez cały ten czas przyjacielski, przez te wszystkie lata nie zawarliśmy żadnej pisemnej umowy, bo nie było takiej potrzeby. Myśmy od początku do końca byli dla siebie przyjaciółmi a nie partnerami biznesowymi więc i nasza współpraca od początku do końca była nieformalna. Ważne było to, że robiliśmy to, co lubiliśmy robić i nawet kiedy to działanie przynosiło nam  straty, byliśmy zadowoleni. I może też dlatego było bardzo fajnie.

3

To była jak mówisz pierwsza prywatna szkoła wspinaczkowa w Polsce. To działało, to się opłacało?

To działało. To był przełom lat 80/90-tych. To był czas, kiedy nie było jeszcze takiego boomu na wspinaczkę w Polce. Istniały  kluby wspinaczkowe prowadzące własne szkolenia wstępne, ale nasza szkoła była pierwszą prywatną, odrębną, nienależącą do żadnych klubów czy organizacji. Działaliśmy komercyjnie, mieliśmy układy z klubami, np. z Bielska, który zlecał nam szkolenia wstępne dla swoich kursantów, takie szkolenia przygotowawcze do wspinania w górach, dzięki czemu oni nie musieli organizować własnych. Prawdziwy boom wspinaczkowy przyszedł w połowie lat 90-tych. Wtedy naprawdę pojawiły się tłumy chętnych na wspinanie. I wtedy zarabialiśmy dobry szmal, ale też ciągle pracowaliśmy. Pamiętam czas, kiedy szkoliło nas 5-ciu -7-miu – mieliśmy tyle ludzi. Nie było wakacji, bo od wiosny do jesieni byli klienci, zimą była przerwa szkoleniowa. Po 10 latach tak intensywnych działań zacząłem pracować nad Bogdanem, żeby poszedł na dobrowolną instruktorską emeryturę. Kiedy to uczynił, sam też się na nią przeniosłem. Z perspektywy patrząc to była dobra decyzja, bo ile lat możesz być ciągle w pracy, w domu bywać tylko gościem. Na tym cierpią najbliżsi, i relacje międzyludzkie. Nadal się wspinam, ale tak po prostu – dla przyjemności albo dla przyjemności z opcją zarobienia pieniędzy. Czasami coś piszę z tego wspinania się dla przyjemności, ale to jest już tylko taki zysk uboczny, a nie cel czy środek do zarobienia pieniędzy na życie. Robię to, co chcę i kiedy chcę, a Góry (za co redakcji dziękuję) to potem kupują i  tak łączę sobie przyjemne z pożytecznym (np. w Raciborzu administruję ścianą wspinaczkową).

3333333

No właśnie, skąd się wzięła w Raciborzu ściana wspinaczkowa?

Ściana się wzięła z idei fix mojego brata. On sobie wymyślił, że doprowadzi do zbudowania takiej fajnej ściany wspinaczkowej w Raciborzu, uznał, że to się może udać.

Zabrał się za to z grubej rury, stworzył biznes plan, miał siłę przebicia i tak naprawdę udało mu się w krótkim czasie zebrać około 50 000 zł. Miasto też się chętnie w to włączyło i pozostały już tylko kwestie formalne i techniczne – takie jak znalezienie odpowiedniej lokalizacji.

„Przerobiliśmy” kilka niewypałów, aż w końcu Urząd Miasta zaproponował nam salę w klubie sportowym w Studziennej, która była wykorzystywana przez parę godzin w  okresie zimowym, a w pozostałym czasie stała pusta. Obejrzeliśmy i takim oto sposobem – od października 2014 roku ściana działa – po pół roku od otwarcia mieliśmy ponad 1800 wejść.

I to jest super. Bo tu w Raciborzu i okolicach jest parę ludzi z pomysłem i chęciami do robienia czegoś. Zanim powstała ściana, powstała strona www toprope, o profilu wspinaczkowym ilustrująca działalność ludzi z naszego miasta. Później pojawiła się strona ściany na facebooku. Mamy też stowarzyszenie – klub RSW, działający od około 8 lat,
w którym jest na dzień dzisiejszy około 80 członków. Jako klub nawiązaliśmy współpracę
z czeskim stowarzyszeniem i z nimi od paru lat prowadzimy wymianę – oni mają swoją bazę, park linowy, jeździmy do nich, oni do nas, razem się wspinamy, tutaj, całkiem niedaleko – po czeskiej stronie są fajne skały – mała odległość, duże urozmaicenie. Coś robimy. Na lokalną skalę, ale o to chyba chodzi.

Wspinaliście się z bratem, potem Ty szkoliłeś z Bogdanem Krauze, a brat?

Ja kursowałem między domem a Podlesicami, a brat był tu, w Raciborzu. Dzisiaj to jeden z dyrektorów Rafako. Ale tak samo jak ja, od młodości się wspina. Jego pomysł na ściankę nie był pomysłem na biznes, a sposobem na stworzenie sobie miejsca, w które będzie mógł się wybrać, kiedy przyjdzie mu ochota na wspinanie, kiedy czas lub pogoda nie pozwolą na  wyjazd w teren. Często jest tak, że wysyłamy sobie sms lub telefonujemy, że w sobotę lub niedzielę rano jedziemy i jak pogoda sprzyja, około 8-9 rano pakujemy sprzęt, wsiadamy do auta i zadajemy sobie tylko pytanie: dokąd jedziemy? Skałki są blisko, wybór ogromny.

Jesteś z zawodu geografem – historykiem?

Tak, to prawda. Przez dużą część życia pracowałem w zawodzie nauczyciela historii i geografii.
Z czegoś trzeba było żyć. Ale nie pracowałem ciągiem – od „a” do „z” w jednej szkole. Zawsze z czasem przychodzi moment, kiedy człowiek czuje się wypalony i coś trzeba zmienić. Teraz np. pracuję w Zespole Szkół (za moment będzie to Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego), ale był też i taki czas w moim życiu, kiedy pracowałem w zakładzie karnym jako resocjalizator. Było ciekawie.

1891222_737718222982559_4457141248865732771_n

A z kim się pracuje najlepiej? Kogo jest przyjemniej uczyć. I nie pytam tylko o szkołę, ale także o naukę wspinaczki.

Wydaje mi się, że to w głowie jest. Wiele osób, które wcześniej robiło coś sportowo, fajnie wchodzi we wspinaczkę, szybko też uczą się i wspinają ci, którzy zwyczajnie znajdują
w tym fajną przygodę, bo wtedy robią to bez takiej specjalnej napinki.

Gorzej jest w przypadku pań i panów, którzy przeżywają drugą, trzecią młodość i nagle chcą sobie coś udowodnić – z nimi problem jest zawsze, bo wiadomo jak jest – ciągłe porównywanie się, usilne dążenie do celu, bo to musi być tak a nie inaczej, takie coś powoduje w przypadku jakichś niepowodzeń u nich często frustrację.

A młodzi to wiadomo, zawsze chcą coś fajnego zrobić i problem tylko jest czasami, kiedy taki młody człowiek przychodzi na ścianę, obserwuje mnie i siłuje się z czymś, co ja normalnie robię na rozgrzewkę.  Jeżeli zrozumie, że ja niekoniecznie jestem od niego bardziej wysportowany czy silniejszy, tylko jestem od niego zwyczajnie bardziej doświadczony, znam pewne triki, których on nie zna to wszystko będzie OK. Trudno jest w przypadku lanserów i pozerów. W erze mediów społecznościowych spotykanie takich osobników jest nieuniknione. Ale przecież można się nimi zwyczajnie nie zajmować.

33333

Każdego da się nauczyć wspinaczki?

Jeśli pokona barierę psychiczną to tak. To są pewne lęki, fobie itd. To jest impreza przestrzenna. Mój przykład z domu: Iza jeździła ze mną na wspinanie przez masę lat i się nie wspinała. Siedziała sobie na kocyku, opalała, oglądała, robiła foty. Powiedziała, że ma lęk przestrzeni i się do tego nie nadaje, choć była „w temacie”. I nagle, po latach coś jej strzeliło, założyła uprząż i stwierdziła, że się przystawi (nigdy jej nie namawiałem ani nie naciskałem). Po prostu zdecydowała się, przystawiła no i odpaliło. Musiała dojrzeć i dała sobie na to czas.

Najgorsze jest zmuszanie się lub innych i wspinanie pod presją osobową, środowiskową. Bo mi się wydaje, że z tego wszystkiego, co robimy musi być po prostu frajda. I kiedy czuję, że tyle mi starczy, i wiem, że jak będę się szarpał dalej i walczył to skończy się frajda, to kończę.

Tak samo pomiędzy wspinającym się, a asekurantem musi być chemia.

Ja na przykład mam osoby, z którymi się wspinam, ale które mnie nie asekurują, nie pozwalam im na to, bo mi nie pasują. Mam pewną grupę osób, które mogą mnie asekurować zawsze, pewną grupę osób, które mogą mnie asekurować na pewnych warunkach i takich, którzy choćby chcieli to nie będą.

2

Miałeś kiedyś jakiś mrożący krew w żyłach wypadek?

Raczej niewiele. Największy mój uraz wspinaczkowy to uraz kolana. Myślę, że to dlatego, że z wiekiem stawałem się coraz bardziej czujny, miałem też coraz większą wyobraźnię, więc podnosiłem sobie standardy bezpieczeństwa. Coraz lepiej też czułem granicę moich możliwości. Mam nadzieję, że dalej tak jest.

Poruszmy jeszcze wątek toruński w Twojej karierze…

Wątek toruński..to dwie kwestie – jedna wynikająca z tego, że Krauze był kiedyś prezesem klubu w Toruniu, a ja sam przez pewien czas byłem tego klubu członkiem i przez to, po części w jakiś sposób byliśmy jako szkoła organizacyjnie związani z klubem w Toruniu, mieliśmy np. instruktorów, którzy się z niego wywodzili…

A druga kwestia to związek z toruńską Fundacją Ducha dla osób z niepełnosprawnością. Organizowaliśmy dla nich pobyty na Jurze, takie obozy, gdzie były różne zajęcia z hipoterapii itd., a oprócz tego zajęcia z nami, żeby podopieczni fundacji mogli zobaczyć, że nawet mając dysfunkcje (często bardzo poważne) można radzić sobie w życiu, pokonywać przeciwności, a wręcz wspinać się tam, gdzie osoba pełnosprawna może mieć trudności. Gość, który na przykład nie widzi, czy ktoś bez kończyny, wspina się i udowadnia sobie i światu, że można. To było bardzo ważne, to się sprawdzało, Ci ludzie byli zadowoleni, a i dla nas to były ciekawe doświadczenia, spostrzeżenia, nieraz logistyczne wyzwania. A wszystko to przy maksymalnym zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeństwa.

Pierwsza nowa droga, którą zrobiłeś, albo taka, z której jesteś najbardziej dumny?

Pierwszą drogą, moją, jaką poprowadziłem, to była droga na Dziurkach w Podlesicach na Zborowie. Ona ma śmieszną historię, bo trochę przypadkowo, wspinaliśmy się z Bogdanem na Dziurki (Prawe, Środkowe, Lewe) i trafiliśmy taką pustą przestrzeń między Lewymi a R-em. I udało mi się z wędki ją przejść. Osadziłem na niej ze dwa spity i tyle. Potem, w kwietniu w ‘92 roku przyjechałem do Krauzego na Jurę, spojrzałem do przewodnika czy na pewno będzie to coś nowego i udało mi się ją dygnąć w pierwszej próbie z dołem. No i miałem problem jak ją nazwać. Ponieważ były święta wróciłem do domu i myślałem ciężko jak ją nazwać. Po tygodniu pojechałem do Podlesic, a tam już wszyscy wiedzieli, że poprowadziłem drogę na Dziurkach, i że ta droga nazywa się „Wielki Kaptur”.  Krauze w swoim stylu rozpuścił pogłoskę i już. Spytałem go potem, „Bogdan, dlaczego tak?” A on mi na to, że „to proste i logiczne – są analogie do Mnicha, Mały Wachowicz, Mała sprężyna… więc twoja dla odmiany, skoro po tej gładzi Ci się udało, nazwana została Wielki Kaptur”. I tak zostało, bo co miałem zrobić, jak już wszyscy wiedzieli…

 Jaka jest jej wycena?

Dzisiaj? 6.2+

No właśnie, z tymi nazwami bywa ciekawie. Czasem zastanawia mnie skąd się biorą.

To bywa różnie, wiele będzie miało swoje nazwy od jakiś zdarzeń czy postaci, filmów, tytułów, gry słów. Części nazw pochodzenie nie jest znane i teraz nawet usilne poszukiwania czy rozmowy z autorami Ci nie odpowiedzą, bo np. już nie pamiętają skąd się wzięły. Czasem od nazwiska, czasem od jakiegoś hasła, czasem jakaś gra słów, czasem to kwestia serii jak np. „Polak musi”, „Polak może”… niektóre mają jakąś nazwę, bo jej twórcy się nabijali np. jedna z najtrudniejszych w Polsce, Korczak zrobił w Mamutowej drogę o nazwie: „Nieznośna lekkość bytu”, no to panowie w Mirowie zrobili drogę, która nazywała się „Nieznośna lekkość odbytu”. To są nazwy oficjalne. Zrobił Kuba Rozbicki drogę „Tyranosaurus rex”, to w Mirowie jest droga „Ty rano żarłeś, Rex”. Jest dowolność w nazwach, więc swoją drogę możesz sobie nazwać jak chcesz. Ja na przykład dosyć często robiłem drogi z kimś i potem razem nazywaliśmy drogi, czasem ich nazwy zależały to od naszych humorów, czasem od muzyki, jakiej akurat wtedy słuchaliśmy. Zdarzyły się drogi o nazwie z podwójnym dnem jak „Zimny Herbert. I zdarzały się nazwy, które sobie oddawaliśmy. Na przykład wymyśliłem sobie kiedyś  „Smuga cienia” dla drogi na Wielbłądzie, ale Bogdanowi bardzo się spodobała i poprosił mnie o jej odstąpienie, stąd droga Bogdana na Sadku nosi nazwę „Smuga cienia”, a na Wielbłądzie jest „Smuga słońca”.

A propos moich dróg, taka anegdotka mi się przypomniała. Kiedyś wspinałem się na Jurze po własnej drodze, a nieznani mi goście stojący na dole, pouczali mnie, że nie tak ta droga idzie. Nie wyprowadzałem ich z błędu. (śmiech)

 12039338_905021819585531_2818256412506674748_n

A jakiej muzyki słuchasz?

Różnej, ale gust mi się raczej nie zmienia. Słucham rocka. Jestem z pokolenia Deep Purple
i ich muzyki słucham między innymi. Generalnie lubię taką, której wystarczy słuchać, nie trzeba oglądać.

Twój największy sukces?

Co to znaczy sukces? Nie wiem, trudno mi powiedzieć szczerze mówiąc, bo tak: w kategoriach ogólnych to, że mając za chwilę 30 lat wspinania na karku, mi się to nadal podoba, w sportowych trudno rzec, bo skoro prawie nigdy nie startowałem w zawodach, bo mnie to nigdy nie interesowało, a gdybyśmy mieli oceniać drogi, jakie zrobiłem, no to też by było trudne, bo droga drodze nierówna, bo jedne drogi robiłem z asekuracją, a jeszcze inne solo… Wydaje mi się, że fajnie jest to, że po latach różni wspinacze, dobrzy wspinacze, fachmani mówią mi, że wspinali się po mojej drodze i ta droga jest fajna i naprawdę im się podobała. Np. jakiś czas temu napisał do mnie maila Jacek Trzemżalski, że reboltingował moją drogę na skale Aptece i że to jedna z ładniejszych 6.4 na Jurze. Przy jego doświadczeniu, ilości dróg, które on przeszedł to dla mnie prawdziwy komplement. To są myślę moje sukcesy, a drugie  to, że udało mi się trochę tych dróg zrobić – czy na Jurze, czy w Czechach, czy na Frankenjurze.

11201917_920827148004998_8547370843020404876_n

Masz jeszcze jakieś punkty w karierze, cele do zrealizowania?

Wiesz, ja nie mam długofalówek do zrealizowania w życiu, nigdy nie miałem. Mam za to jeszcze parę projektów na nowe drogi, ale one są w takich miejscach, że spróbuję je zrobić przy okazji, może być, że nie zdążę, bo lata lecą, i ktoś te puste miejsca zapełni swoimi pomysłami, ale bez ciśnienia. Nie te, to inne.


12112303_911149962306050_6065132540312312445_n

Darku, bardzo miło było mi Cię poznać! Czuję się naprawdę zaszczycona tym, że mogłam z Tobą przeprowadzić tę rozmowę.

Dorota

11 Comments
  1. Darka „Kapcia” poznałem na Jurze jeszcze w liceum. Obok ŚP. Bogdana Krauze, Jacka Czecha, Jarka Cabana, Bogusia Kowalskiego to jedna z najważniejszych postaci (wzorów) mających swój udział w kształtowaniu mojej świadomości wspinacza w czasie, gdy Szkoła Alpinizmu BK migrowała po Podlesicach od Osrańca, poprzez dom na górce, finalnie docierając do budynku po starej pieczarkarni u Pani Heni.
    Darkowe kształtowanie trwa u mnie do dziś i wierzę, że znakomita większość ludzi z którymi wiązał/wiąże się liną czy jego kursantów, czuje tak samo jak ja.

    Czytając ten wywiad, czuję też dumę z RSW i spontanicznej, a wręcz oddolnej aktywności środowiska Raciborskiego. W działaniach tego stowarzyszenia widzę kontynuację tamtych jurajskich czasów i zasad gry, tak często odległych dziś.

    Jeśli to Darku przeczytasz, to wiedz, że dziękuję Ci za wszystkie spotkania, wskazówki, rozmowy, za wiedzę techniczną i światopogląd.

  2. brawo panie darku, samych sukcesów we wspinaniu i nie tylko 🙂

  3. skoro tylu wspinmanów dobrze wspomina bodzia krauze a jego instruktorzy są w czołówce instruktorskiej pezety (caban, czech, rozbicki, kowalski, demsey), to może już czas pomyśleć o pomniku bogdana w podlesiach. można zrobić zbiórkę publiczną w necie a wtedy może i pza, wielicki, kw toruń, lhotse też coś sypną? sam wywiad uderza skromnością i górską pasją!

    1. władza IV RP skutecznie obrzydziła stawianie pomników 🙁

    2. Pomysł na gustowne upamiętnienie Mistrza Krauze w Podlesicach i mi od lat chodzi po głowie. Wierzę, że kiedyś będzie to fakt, a instalacja będzie oddawała postać wielkiego mentora/wspinacza, który z pasją i niezwykłą otwartością oraz skromnością łączył tak wiele pokoleń i nurtów wspinaczkowych.

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *